Wszystkie rybki śpią w jeziorze…

Czerwiec 24, 2009

Minął pierwszy dzień Malty. Świetna pogoda, dużo ludzi – prosimy o więcej! Na Starym Rynku wielka wrzawa, czuje się klimat wakacyjnego lenistwa. Klub festiwalowy, który mieści się w samym sercu Rynku był wypełniony po brzegi podczas wieczornych koncertów. Ludzie bawili się do co najmniej do 4 nad ranem! Malta rządzi! Dobra, ale do rzeczy.

Dane mi było zobaczyć wczoraj “Mewę” Kompanii Doomsday. Stara Rzeźnia to – podkreślam raz jeszcze rewelacyjne miejsce dla teatru. Tylko po wczorajszym spektaklu pomyślałam sobie, że może jednak bardziej dla plenerowych przedstawień, gdzie człowiek nie siedzi równiutko na krzesłach i nie gimnastykuje się, żeby dojrzeć fragment ciała aktora, bo głos niósł się bez problemu. Pewnie marudzę. “Mewa” w wydaniu białostockich aktorów była czymś z pewnością przewrotnym, była teatrem w teatrze teatru. Potrójny teatr, potrójna narracja. Czworo aktorów wypełniło całą przestrzeń, zarówno dramatu, jak i teatru. Stałe wychodzenie z roli, szaleństwo językowe, wariacje w języku rosyjskim czy angielskim wyznaczało rytm przedstawienia. Aktorzy na oczach widzów tworzą spektakl, od początku odczuwa się wrażenie bycia na próbie – wszystko w nieładzie, czytanie scenariusza, szukanie dekoracji, ustalanie postaci, prawie jak na próbie u Stanisławskiego, tylko bez większej psychologii! Sygnał do widza – uwaga tu się rozgrywa teatr, macie na nas patrzeć, wszystko to jest złudzeniem, my przerywamy tę iluzję, zobacz ta woda, co kapie mi na głowę jest prawdziwa, można tak rozumieć ich zachowanie sceniczne. Co się liczy na scenie? Improwizacja, ale ta zaplanowana i przemyślana. Aktorzy odwrócili porządek dramatyczny, przyjmując konwencję quasi-kabaretową podbili serca widowni, to znaczy moje na bank. Jedno jest pewne, są to aktorzy niesamowicie elastyczni w swojej ekspresji. Wielość ról, w których musieli się odnaleźć jest na to dowodem. Od komedii, poprzez farsę, do smutku i histerii – to klasa sama w sobie! Sądzę, że mają znakomite podejście do sztuki, która weszła już do klasyki światowego dramatu. To nie tradycyjny Czechow w skostniałej formie. Kompania Doomsday bawi się konwencją, znakowością sceny, wreszcie samym słowem. “Chciałbym nosić Twoje buty” to wyznanie miłosne pada w języku angielskim, wywołuje salwy śmiechu. Można by zarzucać tej niezależnej grupie aktorów, że stosują proste zabiegi komiczne, robią z Czechowa jarmarczne dzieło, ale właśnie dzięki temu, że operują EFEKTEM przedłużają żywot tego tekstu. Żywioł teatru polega na symbiozie tragedii i groteski, na złapaniu balansu między śmiechem a płaczem. Prawda stara, jak nasz świat.

Kompania Doomsday "Mewa"

About these ads

Jedna odpowiedź to “Wszystkie rybki śpią w jeziorze…”

  1. ania_b powiedział/a

    fajna byla mewa bylam dzisiaj :)
    tylko jedno male ale: z tego co pamietam to wyrazenie angielskie chodzic w czyichs butach (znane np z tytul piosenki Walking in my shoes Depeche Mode) znaczy mniej wiecej tyle co wcielic sie w kogos, wejsc w czyjas role i z tego co pamietam bylo to dobre tlumaczenie z polskiej wersji (albo polska byla dobrym tlumaczeniem z angielskiego…).
    Jedyna angielska kwestia ktora wywolala usmiech na mojej twarzy bylo “please shut up your mobile phones” :)
    Ogolnie tlumaczenia angielskie byly dobre a i akcenty nie najgorsze.

    Fajne recenzje byle tak dalej :)

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: